Dołącz do czytelników
Brak wyników

Twarzą w twarz

3 października 2018

NR 9 (Maj 2015)

Najlepiej zaraża się własną pasją! Rozmowa z dr. Pawłem M. Owsiannym

195

[Dziękuję] inspirującym nauczycielom, których działalność jest tak szeroka, że wymyka się systemowi, burzy utarte ścieżki szkoły i jest często wbrew środowisku... Otwiera jednak oczy młodych ludzi na chęć zdobywania wiedzy, uruchamia potrzebę, a to jest dużo, dużo ważniejsze od stanu wiedzy! Stan przemija, a jak ma się potrzebę zdobywania wiedzy, potrzebę rozwoju, to idzie się dalej i dalej! 
– wpis dr. Pawła M. Owsiannego na Facebooku

W przytoczonym wpisie zamieszczonym na jednym z portali społecznościowych zwraca Pan uwagę na chęć zdobywania wiedzy i na potrzebę uczenia się. Wiem, że wśród licznych zasług i nagród ma Pan też na swoim koncie nagrodę prodziekana za wyniki osiągane w czasie studiów. To, że był Pan wzorowym studentem, dowodzi, że w swojej dziedzinie czuje się Pan jak ryba w wodzie oraz że wspomniana potrzeba poznania jest w Panu głęboko zakorzeniona. Skąd w Panu od najmłodszych lat tak duża żądza wiedzy?

– Pytanie, które Pani zadała, należy do grupy najtrudniejszych, ponieważ w zasadzie powinienem na nie odpowiedzieć chronologicznie. W związku z tym, że zajęłoby to dużo miejsca, poruszę jedynie trzy wątki. Mój tata zaszczepił mi szacunek do przyrody, za co jestem mu ogromnie wdzięczny. Przykładem wpajanych wartości niech będzie sytuacja z głębokiego dzieciństwa. Przechodziłem z tatą przez kwitnący sad czereśniowy. Należy zaznaczyć, że sad był PGR-u, więc w moim ówczesnym poczuciu – wszystkich i niczyj jednocześnie, ponieważ cała społeczność naszej wsi mogła z niego korzystać. Chciałem zerwać jedną z gałązek. Pewnie chwilę bym się nią nacieszył, a potem wyrzucił, gdy kwiaty zaczęłyby więdnąć. Ojciec zapytał mnie, czy lubię czereśnie. Które dziecko nie lubi czereśni? Uświadomił mi wtedy, że gdyby każdy przechodzący ścieżką przez sad zerwał jedną gałąź, owoców by nie było. Tego typu edukacja dała mi podstawę do późniejszego zainteresowania praktyczną ochroną przyrody. 

W liceum nie należałem do faworytów mojej pani od biologii i gdy wygrałem szkolny etap olimpiady ekologicznej, usłyszałem, że jedna jaskółka wiosny nie czyni. Dopiero dostając się na studia na kierunku ochrona środowiska na UAM-ie w Poznaniu poczułem się jak ryba w wodzie. Może dlatego zostałem później ­hydrobiologiem... Nareszcie mogłem się uczyć tylko tego, co mnie interesowało. Stąd późniejsza nagroda za wyniki osiągnięte na studiach. Wracając do wpisu, który Pani przytoczyła, jest on zarówno docenieniem nietuzinkowych nauczycieli, w tym swoistym podziękowaniem kierowanym do moich nauczycieli. Największy wkład w rozwój młodego człowieka mają nauczyciele nie tyle uczący od A do Z, co inspirujący, by szukać innych alfabetów, czy swojego języka.

W swojej działalności często uwzględnia Pan inicjatywy związane z dziećmi. Genialny pomysł napisania dendrobajek – bajek o drzewach – zrodził się przy nocnym podgrzewaniu mleka dla córki. Czy chęć przekazywania wiedzy i dzielenia się swoją pasją inspirowane jest w Pana przypadku rodzicielstwem, czy ta potrzeba ma bardziej pierwotne podłoże i wynika z osobowości i cech charakteru? Czy gdyby nie był Pan rodzicem, równie intensywnie angażowałby się Pan w sprawy najmłodszych?

– Rodzicielstwo mocno wpływa na moją postawę pedagogiczną. Mam szacunek do każdego ucznia i lubię nie tyle fakt pełnego przyswojenia przekazywanej przeze mnie wiedzy, co sam rozwój ucznia/studenta, a najbardziej to, jeśli udaje się zobaczyć iskierkę rozpalenia pasji przyrodniczej. W prowadzeniu zajęć edukacyjnych małych dzieci podoba mi się obalanie stereotypów patrzenia na przyrodę. Nasz mózg, gdy go nie pilnujemy, stara się przyrównać obserwowane właśnie sytuacje do wcześniej już poznanych. Pokazuję dzieciom, że świat wygląda inaczej, każdy organizm, zjawisko jest nieco inne od wcześniej poznanych – bo różnorodność świata jest ogromna i nawet jeśli są dwa egzemplarze tego samego gatunku, to mają one oczywiście gatunkowe cechy wspólne, ale także różnią się. Nauka przyrody musi sprawiać radość. Dlatego tak ważne jest uczenie się na wycieczkach terenowych – bo każdy lubi wycieczki, zwłaszcza w nieznane! Właśnie tam możemy poznać tę różnorodność świata! Jestem fascynatem zajęć terenowych – i stąd też pomysł na dendrobajki – niech na spacerze – babcia, dziadek, rodzic – pokażą drzewo, czytając o nim bajkę małemu dziecku. Myślę, że właśnie przez bajkę dziecko może zapamiętać nawet na całe życie, dlaczego dane drzewo ma taki właśnie kolor pnia czy kształt liści. Jak dziecko będzie większe, zrozumie, że to nie wynika z bajki, ale uśmiech na myśl o miłych chwilach spędzonych w przyrodzie z kimś bliskim zostanie na zawsze. Ja będę się cieszył, że w tle także zostanie miły stosunek do przyrody.

Wyróżniającą Pana cechą jest lokalny patriotyzm. Swoją wiedzę z zakresu turystyki i rekreacji, ochrony i waloryzacji przyrody i ogólnie pojętej dziedziny, jaką jest biologia, wykorzystuje Pan do promowania swojego regionu. Z której inicjatywy związanej 

z rozwojem i promocją tego regionu jest Pan najbardziej dumny?

– Jestem Krajniakiem – mieszkańcem Krajny – regionu historyczno-kulturowego położonego na pograniczu Wielkopolski i Pomorza, a przed wojną Niemiec i Polski. Jedną z dziedzin, którymi się zajmuję, jest także etnografia tego regionu, dlatego niezwykle ubolewam, że mamy ogromny problem – dotyczy on młodych ludzi w szczególności – z poczuciem tożsamości regionalnej. Problem ten wynika głównie z tego, że znaczna część mieszkańców regionu przybyła na ten teren po II wojnie światowej, w poczuciu – tymczasowego miejsca zamieszkania. Jednym z zadań, które stawiam przed sobą, jest pogłębianie poczucia bycia mieszkańcem nie tylko swojej miejscowości, ale także Krajny – regionu bogatego w lasy, jeziora i rzeki. Dlatego najbardziej cieszy mnie fakt, że udaje się wprowadzać kierowanej przeze mnie organizacji – Klastrowi Turystycznemu „Dolina Noteci” – modę na wycieczki regionalne. Zabieramy uczniów szkół na wyjazdy przyrodniczo-kulturowe do ich własnej lub sąsiedniej gminy. W czasie tych wypraw pokazujemy przyrodę i zabytki, nie tylko osobno – ale w szczególności ukazujemy, dlaczego człowiek lokował je w przeszłości właśnie nad takimi, a nie innymi elementami przyrody. Mówimy też o kulturze i historii Krajny, a jedząc obiad w restauracji – uczymy elementów savoir-vivre’u, co przecież w dosłownym tłumaczeniu oznacza wiedzę o życiu. To jest jeden z najciekawszych projektów dbających, by nie sprawdzało się przysłowie „Cudze chwalicie – swego nie znacie”! 

W ramach swojej działalności pełni Pan wiele funkcji. Pracuje Pan naukowo i dydaktycznie na UAM-ie, współkierując również Ośrodkiem w Pile, angażuje się Pan w sprawy społeczne swojego regionu, jest prezesem Klastra Turystycznego OTPW „Dolina Noteci” – to tylko niektóre z nich. Przy czym Pańskie wysiłki doceniane są w odniesieniu do każdej z tych aktywności, bowiem powszechnie wiadomo, że zyskał Pan sympatię studentów i mieszkańców swojej miejscowości. Zatem wykładowca, naukowiec czy społecznik? Która rola jest Panu najbliższa i sprawia największą radość i satysfakcję?

– Specjalizuje się Pani w trudnych pytaniach (śmiech). Wielką satysfakcję sprawia mi badanie bruzdnic (Dinoflagellata) – czyli jednej z grup glonów planktonowych. Lubię „polować” na nowe gatunki, których nigdy nie widziałem. To pewnie trochę atawistyczne (śmiech). Lubię też pracę z dziećmi, młodzieżą, ale także z Uniwersytetem Trzeciego Wieku, gdzie ściśle współpracuję z grupą Ekologia i Ochrona Środowiska. To jest fascynująca grupa osób, które twierdzą, że już nic w życiu nie muszą, ale mogą! Chcą poznawać nowe elementy i chętnie wybierają się ze mną w teren. Byliśmy na przykład razem nad Lednicą, bo to teren moich pierwszych badań hydrobiologicznych do magisterium, a przy tym sentymentalna podróż do początków państwa polskiego. Wędrowaliśmy po regionalnych torfowiskach, nad jeziorami, przez lasy. Tym razem ja jestem zabierany – niebawem jedziemy na wycieczkę na plantację tulipanów do Chrzypska Wielkiego. Zaczynamy także wspólny projekt inwentaryzacji obcych inwazyjnych gatunków roślin w Pile, w którym będą uczestniczyć gimnazjaliści, studenci i słuchacze Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Jak sama Pani widzi, staram się łączyć wszystkie funkcje (śmiech).

Czym różni się wszechnica od innych świetlic wiejskich, których obecnie na polskich wsiach nie brakuje?

– Udało się w ubiegłym roku zorganizować ciekawe przedsięwzięcie, jakim jest Wszechnica Wiejska im. św. Huberta w Skórce, wsi pod Piłą, w której mieszkam. Mimo że jest to dość duża wieś, w której jest szkoła, przedszkole czy kościół, nie ma jednak świetlicy wiejskiej. Jedyną salą, która może być zaadaptowana do tego celu, jest Domek Myśliwski Koła Łowieckiego Hubert w Skórce. Udało mi się uzyskać pełną akceptację władz tego koła, które nieodpłatnie (a raczej jako własny wkład w tę inicjatywę) udostępnia nam 1-2 razy w miesiącu swoją siedzibę na inicjatywy społeczne. Ideą funkcjonowania wszechnicy jest to, że każdy w czymś jest dobry i może się tym darem podzielić z innymi – ktoś świetnie piecze, ktoś wyszywa, ktoś ma dar stolarskiego rzemiosła, inny wiedzę przyrodniczą, jeszcze inny bankową. Przy okazji można się spotkać, porozmawiać, wspólnie wypić kawę przy kominku. Idea jest rozwojowa i powoli, ale udaje się zaangażować inne wsie do tego projektu. Na polskich wsiach są świetlice, więcej – znaczna część z nich została pięknie wyremontowana dzięki środkom unijnym, niestety w wielu z nich nie ma życia społecznego. Musimy wrócić do idei s...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów.

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 6 wydań czasopisma "Biologia w Szkole"
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych artykułów w wersji online
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy