Dołącz do czytelników
Brak wyników

Akademia rozwoju

10 września 2019

NR 35 (Wrzesień 2019)

Mity dotyczące mózgu: przeszłość, przyszłość i jak się przed nimi bronić

0 31

Dostępna ludzkości wiedza na temat funkcjonowania mózgu jest coraz bardziej szczegółowa, dokładna i obszerna. Będziemy zdobywać coraz więcej przydatnych informacji, ale też trochę się w nich gubić. Czy możemy jakoś uniknąć tego zagubienia i uodpornić się na fałszywe doniesienia ze świata neuronauk?

Rozwój, budowa i działanie ludzkiego mózgu oraz to, jak praca tego organu przekłada się na nasze funkcjonowanie, to temat fascynujący i ważny. Powinien taki być w zasadzie dla każdego człowieka obdarzonego mózgiem, ale wydaje się, że osoby zajmujące się edukacją należą do grona ludzi potencjalnie szczególnie zainteresowanych. W końcu nasza wiedza o tym, jak działa mózg, a w szczególności jakie są jego mechanizmy rozwoju i uczenia się oraz co im sprzyja, może znacząco zwiększyć efektywność naszych wysiłków dydaktycznych.

Wiedzą o tym doskonale autorzy przeróżnych poradników oraz osoby oferujące (najczęściej odpłatnie) szkolenia, pomoce naukowe i autorskie metody mające pomagać nauczycielom w wykonywaniu ich pracy, a uczniom – w uczeniu się. W gąszczu ich ofert może być trudno odróżnić wiarygodny poradnik od tego mniej wiarygodnego czy też wartościowe szkolenie od tego, które tylko takie udaje.

Mózgowa pseudonauka czyha… na nauczycieli


Christian Jarrett, niestrudzenie walczący o prawdę w neuronaukach autor książki Mózg. 41 największych mitów, przytacza dość zaskakujące wyniki badań opublikowanych w 2012 r., a przeprowadzonych metodą ankiety przy udziale nauczycieli z Wielkiej Brytanii i Holandii. Badania te wykazały ciekawą zależność: im większą wiedzę mieli nauczyciele na temat mózgu, tym częściej popierali… edukacyjne neuromity w rodzaju gimnastyki mózgu. Nie, to nie pomyłka. W innym badaniu (z 2013 r.) stwierdzono, że w grupie ponad tysiąca brytyjskich nauczycieli aż 39% stosowało wspomnianą gimnastykę mózgu (ang. brain gim), a aż 76% aprobowało niepotwierdzoną naukowo koncepcję stylów uczenia się. Jakie wnioski możemy z tego wyciągnąć?

Po pierwsze – wśród nauczycieli są popularne i mają się dobrze rozmaite mity dotyczące mózgu i uczenia się. Nie ma się jednak co dziwić – są one bardzo często powielane (i przedstawiane jako prawdy objawione) w treści zarówno szkoleń, jak i publikacji przeznaczonych dla pracowników oświaty w Polsce i na świecie. Jeśli Tobie też zdarzyło się wierzyć w któryś z tych mitów i próbować stosować go w praktyce, to nie masz się co martwić – jesteś w dobrym towarzystwie wielu innych kompetentnych pedagogów, którym przytrafiło się to samo. Kiedyś te koncepcje uważano za wiarygodne przede wszystkim dlatego, że nie mieliśmy dość dobrych narzędzi, aby je zweryfikować. Dziś jednak m.in. dzięki postępom w badaniach nad mózgiem wiemy już, które z dawnych twierdzeń są prawdziwe, a które nie. Powstaje też na ten temat coraz więcej publikacji (polecane tytuły można znaleźć w bibliografii do tego tekstu) – również skierowanych do nauczycieli.

Trzeba jednak jasno podkreślić – nauczyciel, który wierzy w jakiś mózgowy mit, nadal może być świetnym, skutecznym fachowcem i osiągać satysfakcjonujące efekty. Dzieje się tak nie dlatego, że wierzy w mit – ale mimo to. O tym, na ile i w jakich aspektach ktoś jest dobrym nauczycielem i wychowawcą, decyduje tak wiele różnych czynników, że nie ma się co przejmować pojedynczą pomyłką. Kiedy jednak już ją odkryjemy, warto ją skorygować – a być może osiągane przez nas efekty będą jeszcze lepsze lub np. przestaniemy niepotrzebnie tracić czas (który dotychczas poświęcaliśmy działaniom wynikającym z wiary w jakiś mit, np. diagnozowaniu indywidualnych stylów uczenia się).

Po drugie – zainteresowanie wiedzą o mózgu może czynić nas bardziej podatnymi na wiarę w dotyczące go mity. Dlaczego? Przyczyną tego pozornego paradoksu jest najprawdopodobniej po prostu fakt, że zainteresowani mózgiem nauczyciele częściej są narażeni na zetknięcie się z opartym na neurobzdurach marketingiem. Ci, których temat mózgu za bardzo nie interesuje, są obojętni na dotyczący go przekaz, więc rzadziej trafiają na dotyczącą go pseudowiedzę i nie biorą jej sobie tak do serca. Ci zaś, których mózg żywo interesuje, są bardziej otwarci na nowe i nowatorskie treści dotyczące tego tematu. A kiedy już na nie trafią, nie zawsze udaje im się odróżnić prawdę od fałszu. Przy swoich licznych kompetencjach nie są przecież neuronaukowcami, a przekazy marketingowe są skonstruowane tak, by były przekonujące.

Jeśli więc zdarzyło nam się wierzyć w jakiś naukowy mit, bądźmy dla siebie wyrozumiali. W dzisiejszym świecie niezwykle trudno tego uniknąć. Przygotujmy się też na to, że być może w niejeden taki mit uwierzymy w przyszłości. To prawdopodobne, bo zdarza się, że dezinformują nas nawet – wydawałoby się – wiarygodne źródła, jak opiniotwórcze czasopisma (szukające sensacji) czy nawet sami naukowcy (szukający rozgłosu). Kiedy jednak dowiemy się już, że wiara w jakieś informacje była błędem, nie wahajmy się do tego przyznać przed samym sobą i… bez żalu porzućmy wiarę w mit. Tylko przy takim podejściu – pozwoleniu sobie na popełnianie błędów, ale też niezgodzie na tkwienie w nich – możemy naprawdę się rozwijać.

Jak się ustrzec mózgobredni?


Czy w takim razie możemy jakoś ustrzec się wiary w neurobzdury? I to bez całkowitego rezygnowania z zainteresowania ludzkim mózgiem? Uczciwa odpowiedź brzmi: nawet jeśli nie ustrzeżemy się całkowicie, możemy znacznie zminimalizować ryzyko. Jak to zrobić?

Kluczowe jest wykształcenie w sobie postawy, która łączy umysł otwarty (na nowe wyniki badań i koncepcje) z umysłem krytycznym (świadomym, że nie wszystkie domniemane wyniki badań i koncepcje są prawdziwe lub całkowicie prawdziwe). Kiedy trafimy na odkrywczą rewelację, zanim damy jej wiarę (i przekażemy ją dalej), sprawdźmy ją według poniższych punktów.

Czy źródło (artykuł, film dokumentalny) ma bibliografię lub w inny sposób podaje konkretne źródła przekazywanych informacji?
Brak bibliografii w artykule (lub odniesień do badań w jego treści) powinien wzmóc naszą czujność. Podobnie film dokumentalny, w którym brak odniesienia do konkretnych źródeł podawanych informacji. Nie znaczy to, że informacje te są nieprawdziwe, ale powinno nas to skłonić do ich weryfikacji. 

Jakie jest źródło tej informacji? Czy jest wiarygodne? Czy autor źródła ma dostateczne kompetencje, aby prawidłowo przekazać nam informację?
Zdarza się, że osoba opisująca w prasie wyniki jakiegoś badania nie ma dostatecznych kompetencji, by wyciągnąć właściwe wnioski (co więcej, ona sama może nawet nie być tego świadoma i sądzić, że te kompetencje posiada), czego efektem jest nieprawdziwy przekaz. Bywa też, że media celowo podkręcają jakieś informacje, by przykuć naszą uwagę sensacyjnym doniesieniem ze świata nauki. 

Czy autor informacji nie ma ukrytych intencji lub nie znajduje się w konflikcie interesów?
Miałam kiedyś nieprzyjemność trafić na stronę internetową, na której powołując się na mit mówiący o rzekomej nierównowadze między półkulami, twierdzono, że nauka szkolna szkodzi dzieciom, ponieważ jest lewopółkulowa i prowadzi do zahamowania rozwoju prawej półkuli mózgu, przez co dziecko nie może ujawnić pełni swego geniuszu. Wszystko to brzmiało bardzo naukowo (mam nadzieję, że nie muszę dodawać, że to oczywista – na wielu poziomach – bzdura). Na stronie oferowano – za niemałe pieniądze – autorską metodę pracy z dzieckiem, która miała zaradzić temu „niebezpieczeństwu”. To jeden z bardzo wielu przykładów sytuacji, kiedy źródło głoszące jakieś rewelacje na temat mózgu nie jest wiarygodne i ma w tym swój ukryty cel.

W błąd – przypadkiem lub celowo – mogą nas też wprowadzać osoby, które koniecznie chcą udowodnić jakąś rację. Mnie samej (a nie sądzę, żebym była w tym odosobniona) zdarzyło się dyskutować z osobami, które na poparcie swoich tez przytaczały wyniki jakichś badań. Tymczasem gdy zapoznałam się z tymi badaniami, okazało się, że w zasadzie przeczą one twierdzeniom mojego oponenta. On jednak albo tego nie dostrzegł (źle zrozumiał wyniki badań), albo liczył na to, że nie sprawdzę tej informacji, tylko skapituluję wobec odniesienia do badań. Z podobnym zjawiskiem można się spotkać w publikacjach pisanych, zwłaszcza w internecie – autor dodaje do swojego artykułu bibliografię, aby sprawiać wrażenie, że tekst ma umocowanie w wiedzy naukowej, ale kiedy sprawdzimy treść tych pozycji bibliograficznych, możemy odkryć, że albo nie są one zbyt wiarygodne, albo tak naprawdę wcale nie potwierdzają tego, co znalazło się w treści tekstu.

W jaki sposób zbierano informacje, które posłużyły do sformułowania wniosku? Czy było to zgodne z metodą naukową?
Przykładowo: wiele osób za wiarygodny argument uważa tzw. dowód anegdotyczny, czyli pojedynczą, subiektywną relację jakiejś osoby (np. „Ja stosuję tę metodę w pracy z uczniami od lat i daje ona świetne rezultaty. To jakaś bzdura, że nie ma na to dowodów – sukcesy moich uczniów to dowód!”). Do wielu z nas taki „dowód” przemawia bardziej niż np. wyniki analiz statystycznych („W trwających pięć lat badaniach nad tysiącem uczniów stwierdzono, że brak dowodów na skuteczność tej metody”). A jednak z punktu widzenia nauki badania wykorzystujące metody analizy statystycznej są dużo bardziej wiarygodne, ponieważ są bardziej zobiektywizowane. Osobie, która twierdzi, że „u niej coś działa”, może się tak naprawdę tylko wydawać, że to działa. Nawet jeśli będzie o tym całkowicie przekonana, to wciąż nie musi mieć racji. Nasze subiektywne osądy bywają mylne (nawet tak doskonały organ jak nasz mózg czasem popełnia błędy).

Ile różnych źródeł i dowodów potwierdza daną tezę?
Ludzie uprawiający i upowszechniający pseudonaukę często stosują zabieg znany jako wybieranie wisienek (ang. cherry picking). Polega to na stwarzaniu wrażenia, że ich tezy opierają się na nauce, poprzez znalezienie jakiegoś badania (lub kilku badań), które akurat te tezy potwierdza, oraz całkowite ignorowanie i odrzucanie wielu innych badań, które im przeczą. Faktycznie może się zdarzyć, że pojedyncze badania dadzą fałszywe wyniki. Dlatego jeśli ktoś powołuje się na jedno lub niewiele badań, bądź też tylko na badania sprzed lat, bądźmy ostrożni. Nie znaczy to, że osoba ta nie ma racji, ale że jej racja budzi wątpliwości. 
Tę samą zasadę stosujmy, śledząc doniesienia prasowe. Jeśli przeczytamy: „przełomowe badanie przeczy dotychczasowej wiedzy na temat…”, uwolnijmy swoją ciekawość, ale zachowajmy zdrowy sceptycyzm. Być może faktycznie mamy do czynienia z przełomowym badaniem. Możliwe też, że to badanie to taka fałszywie kusząca wisienka, a jego wyniki wprowadzają nas w błąd.
Kiedy będziemy wiedzieć, że takie badanie nie jest warte naszej uwagi? Najbardziej wiarygodnym źródłem takiej pewności w nauce są tzw. metaanalizy, czyli badania, w których analizuje się i porównuje wyniki wielu różnych (nieraz liczonych w setkach) badań dotyczących tego samego zjawiska. Jeśli coś wykazano w metaanalizie, możemy być niemal na 100% pewni, że to prawda. Na metaanalizy często powołują się autorzy wiarygodnych książek popularnonaukowych (np. Tomasz Garstka, autor godnej polecenia, przeznaczonej dla nauczycieli publikacji pt. Psychopedagogiczne mity).

Czy składane obietnice nie są przesadzone?
Jeśli ktoś oferuje metodę, która bazując na wiedzy o mózgu, rozwiąże wszystkie lub najpoważniejsze problemy (np. z uczeniem się), to zdecydowanie warto zachować zdrowy sceptycyzm. Skuteczne uczenie się zależy od bardzo wielu różnych czynników, dlatego nie można go zapewnić żadną pojedynczą metodą.

Czy użyte w źródle metafory są faktycznie wiarygodne?...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów.

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 6 wydań czasopisma "Biologia w Szkole"
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych artykułów w wersji online
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy