Dołącz do czytelników
Brak wyników

WYWIAD NUMERU

7 sierpnia 2018

NR 18 (Listopad 2016)

Różne oblicza uczniów, różne oblicza pantofelków

0 160

Rozmowa z panią Alicją Wywrocką, nauczycielką w krakowskim 24 Gimnazjum im. J.U.Niemcewicza, o tym jak kreatywnie zorganizować zajęcia z przedmiotów przyrodniczych

Urszula Rybicka: Od różnych osób słyszałam, że w szkole nie lubiły biologii. W mojej klasie w liceum wyjątkowo uzdolnione osoby nie były w stanie nauczyć się wymaganego materiału. Czy coś jest nie tak? 

Alina Wywrocka: Według mnie, i obserwuję to od dawna, problemem jest to, że dzieci uczą się biologii na pamięć. Do mnie do gimnazjum przychodzą uczniowie, którzy w szkole podstawowej przyzwyczaili się do takiego sposobu pracy. Bardzo nad tym ubolewam. Ja w ogóle jestem raczej przeciwniczką książek do nauki przedmiotów przyrodniczych, ponieważ wydaje mi się, że te książki ograniczają myślenie dzieci. Trochę też problem wynika z tego, że dzieci mało mają kontaktu z żywą biologią. Mam na myśli to, że kiedy uczymy się o komórce, to dzieci powinny mieć czas, żeby obserwować komórki pod mikroskopem, obserwować co w środku się dzieje i zobaczyć, że to faktycznie jest żywa struktura, a nie tylko schemat w książce. Wiele dzieci deklaruje po szkole podstawowej, że interesuje się przyrodą, natomiast wkuwanie na pamięć może je zniechęcić. Ja staram się oduczać tego moich uczniów. Przyjmuję każdą definicję, powiedzianą własnymi słowami, byle by była zgodna z prawdą. Własne wytłumaczenie jakiegoś zjawiska jest równie dobre jak książkowy opis. A często dzieci boją się tak mówić, sądząc, że nie brzmi to dostatecznie naukowo, albo wyjaśnienie jest zbyt proste. Podam przykład. Uczestniczyłam z moimi uczniami w zajęciach z rysunku biologicznego na Uniwersytecie Jagiellońskim. 

Dzieci oglądały protisty pod mikroskopem i rysowały je. Doktor, który prowadził zajęcia, zachwycał się, że gimnazjaliści rysują lepiej niż studenci. Po prostu moi uczniowie nie bali się że nie narysują wystarczająco dokładnie. Rysowali to, co faktycznie widzieli pod mikroskopem. Tymczasem studenci starali się rysować pantofelki tak, jak są przedstawione w podręczniku, ze wszystkimi szczegółami, które pod mikroskopem czasem trudno dostrzec.

UR: Poruszyła Pani istotny problem, że dzieci muszą mieć czas na to, aby zapoznać się z jakimś zjawiskiem, badać je. Czas jest w szkole towarem deficytowym. Skąd go wziąć na takie obserwacje? 
AW: Ja akurat zgłosiłam do kuratorium, za pośrednictwem dyrekcji, innowację edukacyjną. To jedno z najprostszych rozwiązań. Razem z kolegą fizykiem zaproponowaliśmy innowację, polegającą na rozszerzeniu nauczania przedmiotów przyrodniczych o zajęcia eksperymentalne. Nie wnioskowaliśmy o rozszerzenie materiału, ponieważ ja uważam, że w podstawie programowej jest wystarczająco dużo treści. Przykładowo w podręczniku jest mowa o wpływie warunków środowiskowych na żywe organizmy. Dlaczego uczniowie nie mieliby zbadać takiego wpływu na prostym, wszędzie dostępnym organizmie, jakim jest dafnia? Mogą np. obserwować wpływ temperatury na tempo pracy serca rozwielitki. Do tego potrzebny jest właściwie tylko mikroskop, z czym w większości szkół nie ma już raczej problemu. Ale to rzeczywiście wymaga czasu. Zawsze nalegam, żeby nasze zajęcia eksperymentalne były na ostatniej lekcji. Teoretycznie mamy na nie 45 minut, ale to niemożliwe żeby one tyle trwały. Zawsze trwają przynajmniej dwie godziny lekcyjne. Zwłaszcza, że uczę dzieci, że trzeba po nich posprzątać, tak jak w każdym laboratorium. Ale ten kontakt z prawdziwą biologią, chemią i fizyką jest nie do przecenienia. To uczniom pozwala uczyć się dzięki własnemu doświadczeniu, to zupełnie inna jakość niż uczenie się na pamięć.

UR: A czy szkoła pomagała Pani w staraniach o zorganizowanie tych zajęć? Czy zna Pani doświadczenia nauczycieli z innych szkół? Jak one do tego podchodzą?

AW: Bywa bardzo różnie. Wiele zależy od przychylności dyrekcji i innych pracowników, np. osób sprzątających. W naszej szkole dyrekcja jest bardzo przychylna tego typu inicjatywom. Podobnie jest z rodzicami. Rodzice dzieci z klasy, w której realizowana jest innowacja, mieli zresztą szansę sprawdzić na własnej skórze, jak to wygląda. W ubiegłym roku zorganizowałam takie zajęcia dla nich. Prowadzili je uczniowie. Do tego stopnia wczuli się w rolę, że nawet oceniali swoich rodziców za przygotowywanie preparatów albo formułowanie pytań badawczych.

UR: Czy ma Pani jakąś radę dla nauczycieli, którzy jeszcze nie wprowadzali żadnych innowacji, a chcieliby spróbować, tylko nie wiedzą, od czego zacząć?

W: Przede wszystkim trzeba chcieć. Bo to na pewno kosztuje sporo czasu prywatnego. Tego nie ukrywam. Trzeba wyszperać sobie materiały. Sporo jest dostępnych w internecie, większość w...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów.

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 6 wydań czasopisma "Biologia w Szkole"
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych artykułów w wersji online
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy